środa, 3 czerwca 2015

To nie jest czas i miejsce dla wrażliwych jednostek

        Odkąd sięgam pamięcią zaliczałam się do grona wrażliwych osób. W szkole często byłam za tę cechę chwalona przez nauczycielki, ponieważ potrafiłam wypowiadać się, pisać lepiej niż moi rówieśnicy. Szczyciłam się tym. Z biegiem czasu moje poglądy na ten temat zmieniły się diametralnie. Doszłam do tej smutnej konkluzji – zrobiłabym wszystko, żeby nie urodzić się wrażliwą. Gdy w szkole podstawowej panowały prawa dżungli a nauczyciele w dużej mierze nie przejmowali się uczniami nie byłam w stanie sobie poradzić i byłam kozłem ofiarnym. Nazywano mnie grubą, robiono głupie żarty. Tak bardzo żałuję, że nie byłam w stanie się postawić. Gdyby nie to, że pewnie podświadomie wysłałam jakiś sygnał, że można takie rzeczy robić, tak by się nie działo.
        To było kilkanaście lat temu. Teraz nikt mi nie dokucza, ale wciąż nie jestem w stanie sobie poradzić. Oczekiwania, jakie stawia przede mną świat są zbyt wielkie. Duszę się na samą myśl, że muszę zrobić coś więcej poza wstaniem z łóżka, bo to dla mnie na ten moment stanowi ogromne wyzwanie. Na uczelni wymaga się ode mnie bycia zawsze przygotowanym na wszystko, pewnym siebie. Tego też będzie wymagał ode mnie mój przyszły zawód. Nie chcę sobie wyobrażać jak moje życie będzie wyglądało w przyszłości, jeśli teraz przed najmniej istotnym kolokwium potrafię mieć rozstrój żołądka, a jakiekolwiek nieoczekiwane zmiany wywołują u mnie atak paniki.
     Cokolwiek ktoś do mnie mówi – ja to zapamiętam. Zwłaszcza, jeśli ma do powiedzenia coś negatywnego. Wciąż pamiętam te wszystkie słowa, nawet jeżeli część z nich nie była kierowana do mnie, lecz uderzała w ważną dla mnie osobę. Na samo wspomnienie mam ochotę zwinąć się w kłębek i nie musieć wstawać już nigdy.
         A może jest to forma selekcji naturalnej? Wrażliwość plus zaburzenie psychiczne to mieszanka wybuchowa (może raczej smętna, jeżeli brać pod uwagę jak to wszystko wygląda; to po prostu nie może się dobrze skończyć - to miałam na myśli). Otoczenie wywiera na jednostkę presję, a ta nie będąc w stanie jej wytrzymać sama siebie eliminuje. To brzmi jak genialny mechanizm ewolucji. Czasami zastanawiam się czy ta pomoc udzielana jednostce ma sens. Przecież to wszystko może wrócić. Czemu więc nie dać jej sobie poradzić ze sobą? 

         Może takie życie nie jest czymś dla mnie? Może lepiej je skończyć skoro nie jestem  już teraz w stanie sobie z tym wszystkim poradzić? Może jestem z serii tych, którzy pojawili się w złym miejscu w nieodpowiednim czasie? 

***
Oto przemyślenia, które kłębiły mi się w głowie przez ostatni tydzień. Miłej lektury. 

2 komentarze: