Wszystko mnie ostatnio wkurwia i nie wiem dlaczego. Nic nie chce mi się robić i też nie wiem dlaczego, bo w sumie jest lato i ładna pogoda, a to powinno sprzyjać robieniu czegokolwiek. Nigdy nie byłam jakimś specjalnie radosnym człowiekiem, ale jakoś się żyło, a nie wkurwiało na wszystko. W ogóle wkurwia mnie to, że robię z siebie ofiarę i cały czas się usprawiedliwiam. Wszyscy mi współczują, a tak nie powinno być, bo tylko utwierdzam się w przekonaniu, że mogę tak dalej robić i nie muszę się w ogóle ogarniać, bo przecież wszyscy mówią, że mam źle to chyba mam? Wkurwiłam się też dzisiaj na kolegę z grupy, wiem, że nie muszę go kochać, ale po prostu nienawidzę jego pseudopoczucia humoru i jego wywyższania się. Czuję się od niego miliard razy głupsza, jak to mnie wkurwia. Jego jedyne żarty to naśmiewanie się z innych i na sto procent jestem pewna, że jak sobie poszłam, to obrobił mi dupę. Już i tak słyszałam, że coś tam zaczął gadać o mnie. Jak ja tego nienawidzę. Mam wrażenie, że każdy mnie cały czas ocenia, ciągle coś robię nie tak. Jakie to jest kurewsko męczące. Wyszłabym z domu nawet się przejść, bo by się przydało, lol, nawet bym mogła pobiegać, ale nie pójdę biegać, bo boję się, że spotkam kogoś znajomego i będę śmiesznie wyglądać. Albo pomyśli coś w stylu, ona w ogóle biegać nie umie, z czym do ludzi. A pójście do parku, żeby sobie posiedzieć też może być dziwne, bo co randomowy człowiek może pomyśleć o kimś, kto sobie sam siedzi w parku i nic nie robi. To jest takie głupie jak wymyślam sobie różne zajęcia i okazuje się później, że jest miliard rzeczy, których nie jestem pewna, ktoś je zobaczy i pomyśli, że jestem głupia/brzydka i później mi się odechciewa tego zajęcia już w ogóle. Wiem, że teoria jest taka, że przecież tych ludzi widzę przez kilka sekund, oni później nie będą o mnie w ogóle pamiętać, ale w praktyce trudno to ogarnąć. Myślę sobie jak oni będą o jakimś moim niezręcznym zachowaniu mówić później swoim znajomym, oni będą się śmiali i tym podobne. Do tego w pakiecie schizy, że mogę coś napisać w internecie, nawet nieszkodliwego, ale policja po mnie przyjdzie i mnie zamknie w więzieniu, policja, CIA, coś w tym stylu. Wiem, że to strasznie śmiesznie brzmi, ale nie wiem jak to wytłumaczyć. Strasznie boję się policji, mimo że wiem, że przecież nikt mi nic nie zrobi dopóki nie popełnię przestępstwa, a jakoś nie wydaje mi się, żebym się do tego paliła jakoś specjalnie. Chciałabym w miarę możliwości jeść zdrowo, ale kurwa nie potrafię. A wiem, że jakbym schudła, jadła zdrowsze rzeczy, przede wszystkim raczyła się ruszyć (bo o tym wszyscy mi mówili - lekarz rodzinny, endokrynolog, psycholog), to czułabym się lepiej. Ale tego nie robię, bo mi się nie chce, szukam tylko wymówek na to, żeby nic nie robić, wszyscy mnie usprawiedliwiają i tak to leci. Ja pierdolę.
czwartek, 6 sierpnia 2015
środa, 3 czerwca 2015
To nie jest czas i miejsce dla wrażliwych jednostek
Odkąd sięgam pamięcią zaliczałam
się do grona wrażliwych osób. W szkole często byłam za tę cechę chwalona przez nauczycielki,
ponieważ potrafiłam wypowiadać się, pisać lepiej niż moi rówieśnicy. Szczyciłam
się tym. Z biegiem czasu moje poglądy na ten temat zmieniły się diametralnie.
Doszłam do tej smutnej konkluzji – zrobiłabym wszystko, żeby nie urodzić się
wrażliwą. Gdy w szkole podstawowej panowały prawa dżungli a nauczyciele w dużej
mierze nie przejmowali się uczniami nie byłam w stanie sobie poradzić i byłam
kozłem ofiarnym. Nazywano mnie grubą, robiono głupie żarty. Tak bardzo żałuję,
że nie byłam w stanie się postawić. Gdyby nie to, że pewnie podświadomie
wysłałam jakiś sygnał, że można takie rzeczy robić, tak by się nie działo.
To było kilkanaście lat temu.
Teraz nikt mi nie dokucza, ale wciąż nie jestem w stanie sobie poradzić.
Oczekiwania, jakie stawia przede mną świat są zbyt wielkie. Duszę się na samą
myśl, że muszę zrobić coś więcej poza wstaniem z łóżka, bo to dla mnie na ten moment
stanowi ogromne wyzwanie. Na uczelni wymaga się ode mnie bycia zawsze
przygotowanym na wszystko, pewnym siebie. Tego też będzie wymagał ode mnie mój
przyszły zawód. Nie chcę sobie wyobrażać jak moje życie będzie wyglądało w
przyszłości, jeśli teraz przed najmniej istotnym kolokwium potrafię mieć
rozstrój żołądka, a jakiekolwiek nieoczekiwane zmiany wywołują u mnie atak
paniki.
Cokolwiek ktoś do mnie mówi – ja to
zapamiętam. Zwłaszcza, jeśli ma do powiedzenia coś negatywnego. Wciąż pamiętam
te wszystkie słowa, nawet jeżeli część z nich nie była kierowana do mnie, lecz
uderzała w ważną dla mnie osobę. Na samo wspomnienie mam ochotę zwinąć się w
kłębek i nie musieć wstawać już nigdy.
A może jest to forma selekcji naturalnej? Wrażliwość plus zaburzenie psychiczne to mieszanka wybuchowa (może raczej smętna, jeżeli brać pod uwagę jak to wszystko wygląda; to po prostu nie może się dobrze skończyć - to miałam na myśli). Otoczenie wywiera na jednostkę presję, a ta nie będąc w stanie jej wytrzymać sama siebie eliminuje. To brzmi jak genialny mechanizm ewolucji. Czasami zastanawiam się czy ta pomoc udzielana jednostce ma sens. Przecież to wszystko może wrócić. Czemu więc nie dać jej sobie poradzić ze sobą?
Może takie życie nie jest czymś
dla mnie? Może lepiej je skończyć skoro nie jestem już teraz w stanie sobie z tym wszystkim
poradzić? Może jestem z serii tych, którzy pojawili się w złym miejscu w nieodpowiednim
czasie?
***
Oto przemyślenia, które kłębiły mi się w głowie przez ostatni tydzień. Miłej lektury.
sobota, 16 maja 2015
Powitanie
Jestem żołnierzem, mimo że nigdy nie byłam na froncie. Tak jak on
codziennie walczę z wrogiem, robię wszystko by przetrwać. Tak jak on noszę również blizny po licznych stoczonych bitwach. Tak jak on tęsknię za
przedwojennymi czasami, kiedy wszystko wydawało się proste. Tak jak on martwię się, że nigdy już nie będzie mi dane zobaczyć uśmiechów swoich bliskich, a moja dusza
nigdy nie zazna spokoju. Tak jak on nie miałam wyboru.
Różnimy się tylko pod jednym względem. Ja nie jestem oddalona od domu,
nie muszę zabijać ludzi. Każda walka toczy się w mojej głowie. To bitwa dobrego
ze złym, od której nie ma ucieczki. To jak pułapka, a każde, nawet najbardziej irracjonalne
wyjście nabiera nagle sensu. Gdy już myślisz, że tym razem udało ci się zwyciężyć,
wrogie siły atakują ze zdwojoną siłą i sprawiają, że twoja forteca upada. Dlatego
uzbrajasz się i walczysz. Czasami wymaga to największych poświęceń. Gdy pojawia
się krew, wiem, że było ciężko. Jej widok wywołuje we mnie sprzeczne uczucia. Z
jednej strony odczuwam ulgę, bo wiem, że żyję. Z drugiej ogarnia mnie wstyd, poczucie
winy urasta do niebotycznych rozmiarów. Mam ochotę schować się i nigdy nie pokazywać się nikomu w obawie przed tym, że ktoś zauważy. Nawet odziana w bluzkę z długim
rękawem odnoszę wrażenie, że wszyscy wiedza o tym, iż zrobiłam coś okropnego. Jestem
już naznaczona na zawsze, a wstyd będzie mi towarzyszył jeszcze na długo po starciu.
Wtedy jest już po wszystkim. Podziwiam pobojowisko. Słone łzy pomagają usunąć ślady tak jak deszcz po bitwie. Nie wygrałam jej, ale też nie przegrałam.
Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by moje demony wojny nigdy nie wygrały, by nie
skapitulować, by żyć...
***
Tym optymistycznym akcentem pragnę przywitać wszystkich na moim blogu. Jego prowadzenie będzie dla mnie pewnego rodzaju terapią. Proszę o wyrozumiałość.
Subskrybuj:
Posty (Atom)