Jestem żołnierzem, mimo że nigdy nie byłam na froncie. Tak jak on
codziennie walczę z wrogiem, robię wszystko by przetrwać. Tak jak on noszę również blizny po licznych stoczonych bitwach. Tak jak on tęsknię za
przedwojennymi czasami, kiedy wszystko wydawało się proste. Tak jak on martwię się, że nigdy już nie będzie mi dane zobaczyć uśmiechów swoich bliskich, a moja dusza
nigdy nie zazna spokoju. Tak jak on nie miałam wyboru.
Różnimy się tylko pod jednym względem. Ja nie jestem oddalona od domu,
nie muszę zabijać ludzi. Każda walka toczy się w mojej głowie. To bitwa dobrego
ze złym, od której nie ma ucieczki. To jak pułapka, a każde, nawet najbardziej irracjonalne
wyjście nabiera nagle sensu. Gdy już myślisz, że tym razem udało ci się zwyciężyć,
wrogie siły atakują ze zdwojoną siłą i sprawiają, że twoja forteca upada. Dlatego
uzbrajasz się i walczysz. Czasami wymaga to największych poświęceń. Gdy pojawia
się krew, wiem, że było ciężko. Jej widok wywołuje we mnie sprzeczne uczucia. Z
jednej strony odczuwam ulgę, bo wiem, że żyję. Z drugiej ogarnia mnie wstyd, poczucie
winy urasta do niebotycznych rozmiarów. Mam ochotę schować się i nigdy nie pokazywać się nikomu w obawie przed tym, że ktoś zauważy. Nawet odziana w bluzkę z długim
rękawem odnoszę wrażenie, że wszyscy wiedza o tym, iż zrobiłam coś okropnego. Jestem
już naznaczona na zawsze, a wstyd będzie mi towarzyszył jeszcze na długo po starciu.
Wtedy jest już po wszystkim. Podziwiam pobojowisko. Słone łzy pomagają usunąć ślady tak jak deszcz po bitwie. Nie wygrałam jej, ale też nie przegrałam.
Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by moje demony wojny nigdy nie wygrały, by nie
skapitulować, by żyć...
***
Tym optymistycznym akcentem pragnę przywitać wszystkich na moim blogu. Jego prowadzenie będzie dla mnie pewnego rodzaju terapią. Proszę o wyrozumiałość.